niedziela, 17 kwietnia 2016

Kalandor - moja szczęśliwa planeta

Był przepiękny, jesienny dzień. Siedziałam wraz z moją najlepszą koleżanką Adą w szkolnej ławce, na lekcji języka polskiego. Zajęcia, jak zwykle były interesujące, ale nikt z uczniów nie mógł się na nich skupić. Wszyscy w napięciu czekali na dzwonek i następny przedmiot, którym miała być geografia.

Nie miało być na niej nudno, tylko wyjątkowo. Pani Irina, która nas uczyła, postanowiła pojechać z nami na wycieczkę w kosmos, abyśmy mogli poznać planety sąsiadujące z Ziemią. Do tej pory posiadaliśmy na ten temat tylko wiedzę teoretyczną, a teraz mieliśmy posiąść też praktyczną. Nauczycielka poprosiła, aby każdy z nas zabrał ze sobą szklaną probówkę, aby pobrać do niej materiał skalny oraz jeden młotek na dwie osoby. Pomyślałam, że będę w parze z moją koleżanką, więc na wszelki wypadek zabrałam dla nas młotek, gdyby ona zapomniała. Kiedy zadzwonił dzwonek, szybko się spakowaliśmy i żwawo ruszyliśmy do pracowni geograficznej. Czekała już tam nasza nauczycielka, pani Irina. Opowiedziała nam w skrócie plan wycieczki. Mieliśmy zwiedzić planetę Kalandor
Gdy niecierpliwie siedzieliśmy w ławkach, pani wykonała tajemniczy telefon. Zastanawiałam się do kogo mogła zadzwonić? Po krótkiej chwili wyszliśmy na parking szkolny, gdzie właśnie podjeżdżał dziwny autokar. Był on mocno czarny, cały w srebrnych gwiazdach i z wielkim wiatrakiem na dachu takim, jak w helikopterze.
- Moi drodzy, to jest Kyrion - powiedziała nauczycielka, wskazując na dziwny pojazd, który przypominał teleporter. Zabierze on nas w podróż w czasie, o której wspominałam wcześniej. Pośpiesznie weszliśmy do środka i zajęliśmy miejsca. Nagle zgasły wszystkie światła i usłyszeliśmy głos nauczycielki, która powiedziała, żebyśmy się nie bali.
- Siedźcie spokojnie i mocno trzymajcie się foteli- powiedział tajemniczy kierowca Kyriona.
Pani Jonson dała znak kierowcy, aby już ruszał. Nagle poczuliśmy, że unosimy się nad ziemią. Nie wiedziałam, co się z nami dzieje. Po pięciu minutach podroży, zatrzymaliśmy się. 

- Możecie już wychodzić! – krzyknęła radośnie nauczycielka, zapalając światła. 

Gdy opuściliśmy Kyrion, ciekawie rozglądaliśmy się dookoła. Okazało się, że wylądowaliśmy na, jakimś różowo-niebieskim piasku. Wokół nas chodziły dziwne stwory. Każdy miał po cztery pary oczu, czułki wyrastające z pleców i po siedem palców na każdej z czterech rąk, a na dodatek każdy z nich był wyposażony w małe kaliki(zegarki z nóżkami), kimfy(pistolety zrobione z fioletowych żelek), kaimy (opaski na głowę), kriony (metalowe bransoletki na czułkach) oraz kiderki (małe zabaweczki z biedronką na szczycie). Na swoich stópkach miały keni(buciki z wąsami, które pikały, jak wyczuwały niebezpieczeństwo). Stworki te  były niskiego wzrostu i miały po cztery ręce. Na każdej z nich znajdowały się krąsy(zegarki łączące laser z linijką i długopisem). Różniły się od siebie tylko numerem na brzuchu. W pewnej chwili odezwała się do nas istota z numerem 56664.
- Mam na imię Ksalek i zapraszam na wycieczkę po naszej planecie – wyjaśniła dziwna istota.
Na Kalandorze było mnóstwo domów, wybudowanych w szeregach, jeden obok drugiego. Wszystkie były koloru fioletowego z jasnoniebieskim dachem i różowymi oknami. Różniły się tylko numerami. Muszę nadmienić, że każdy obywatel miał na tej planecie swój domek nieważne, czy liczył on 6  czy 60 lat. Na każdym domku widniał numer taki sam, jak na brzuszku jego właściciela. W pewnym momencie doszliśmy do miejsca, które przypominało wielkie sito. Piękny niebiesko-różowy piasek zniknął, a jego miejsce zastąpiła szara, błotnista i twarda ziemia pokryta tysiącami dziur. Ksalek ostrzegł nas, abyśmy stąpali po niej ostrożnie. Oczywiście ja, przez swoją nieuwagę wpadłam do jednej z nich. Upadając krzyknęłam do mojej przyjaciółki, aby mi pomogła. Ada niestety nie zwróciła na mnie uwagi, tylko zajęła się zbieraniem próbek i żartami z nowopoznanymi istotami. Zrobiło się cicho. Zostałam sama. W środku dziury przypominającej pustą i suchą studnię, znalazłam kriony. Były to małe robaczki połączone ze sobą drutem. Przypominały mi wielkie koło, które za chwilę zaciśnie mi się na szyi. Czułam się taka samotna i smutna. Zemdliło mnie, gdy poczułam na swojej skórze stado robaczków. Z drugiej strony śmiałam się, że zaraz wypłynę na powierzchnię bo płakałam, jak nigdy dotąd. Moje łzy przykrywały już podłogę w „studni”. Wołałam zrezygnowana o pomoc. Nagle usłyszałam nad sobą cichy głos. Myślałam, że to moja najlepsza koleżanka Ada , przyszła mi z pomocą. Myliłam się. Okazało się, że to Kornelia. Kornelia była cichą i nieśmiałą dziewczynką z mojej klasy. Nie znałam jej zbyt dobrze. Zawsze trzymała się na uboczu. Koleżanka rzuciła mi grubą linę i powoli wyciągnęła mnie z głębokiej dziury. Niestety zniszczyła sobie przy tym wszystkie skalne próbki, które były nam potrzebne do lekcji. Nie przejęła się tym wcale. Cieszyła się, że mogła mi pomóc. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Dotarłyśmy po krótkim czasie do reszty naszej klasy. Ada podbiegła do mnie tak, jakby się nic nie stało, ale ja już wiedziałam, że wszystko się zmieniło. Wróciliśmy z powrotem do szkoły. Z Kornelią zostałyśmy najlepszymi koleżankami. Dla reszty kolegów i koleżanek była bohaterem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz