Był przepiękny, jesienny
dzień. Siedziałam wraz z moją najlepszą koleżanką Adą w szkolnej ławce, na
lekcji języka polskiego. Zajęcia, jak zwykle były interesujące, ale nikt z
uczniów nie mógł się na nich skupić. Wszyscy w napięciu czekali na dzwonek i
następny przedmiot, którym miała być geografia.
Nie miało być na niej nudno, tylko wyjątkowo. Pani Irina, która nas uczyła, postanowiła pojechać z nami na wycieczkę w kosmos, abyśmy mogli poznać planety sąsiadujące z Ziemią. Do tej pory posiadaliśmy na ten temat tylko wiedzę teoretyczną, a teraz mieliśmy posiąść też praktyczną. Nauczycielka poprosiła, aby każdy z nas zabrał ze sobą szklaną probówkę, aby pobrać do niej materiał skalny oraz jeden młotek na dwie osoby. Pomyślałam, że będę w parze z moją koleżanką, więc na wszelki wypadek zabrałam dla nas młotek, gdyby ona zapomniała. Kiedy zadzwonił dzwonek, szybko się spakowaliśmy i żwawo ruszyliśmy do pracowni geograficznej. Czekała już tam nasza nauczycielka, pani Irina. Opowiedziała nam w skrócie plan wycieczki. Mieliśmy zwiedzić planetę Kalandor
Nie miało być na niej nudno, tylko wyjątkowo. Pani Irina, która nas uczyła, postanowiła pojechać z nami na wycieczkę w kosmos, abyśmy mogli poznać planety sąsiadujące z Ziemią. Do tej pory posiadaliśmy na ten temat tylko wiedzę teoretyczną, a teraz mieliśmy posiąść też praktyczną. Nauczycielka poprosiła, aby każdy z nas zabrał ze sobą szklaną probówkę, aby pobrać do niej materiał skalny oraz jeden młotek na dwie osoby. Pomyślałam, że będę w parze z moją koleżanką, więc na wszelki wypadek zabrałam dla nas młotek, gdyby ona zapomniała. Kiedy zadzwonił dzwonek, szybko się spakowaliśmy i żwawo ruszyliśmy do pracowni geograficznej. Czekała już tam nasza nauczycielka, pani Irina. Opowiedziała nam w skrócie plan wycieczki. Mieliśmy zwiedzić planetę Kalandor
Gdy niecierpliwie
siedzieliśmy w ławkach, pani wykonała tajemniczy telefon. Zastanawiałam się do
kogo mogła zadzwonić? Po krótkiej chwili wyszliśmy na parking szkolny, gdzie
właśnie podjeżdżał dziwny autokar. Był on mocno czarny, cały w srebrnych
gwiazdach i z wielkim wiatrakiem na dachu takim, jak w helikopterze.
- Moi drodzy, to jest Kyrion
- powiedziała nauczycielka, wskazując na dziwny pojazd, który przypominał
teleporter. Zabierze on nas w podróż w czasie, o której wspominałam wcześniej.
Pośpiesznie weszliśmy do środka i zajęliśmy miejsca. Nagle zgasły wszystkie
światła i usłyszeliśmy głos nauczycielki, która powiedziała, żebyśmy się nie
bali.
- Siedźcie spokojnie i
mocno trzymajcie się foteli- powiedział tajemniczy kierowca Kyriona.
Pani Jonson dała znak kierowcy, aby już ruszał. Nagle poczuliśmy, że unosimy się nad ziemią. Nie wiedziałam, co się z nami dzieje. Po pięciu minutach podroży, zatrzymaliśmy się.
- Możecie już wychodzić! – krzyknęła radośnie nauczycielka, zapalając światła.
Gdy opuściliśmy Kyrion, ciekawie rozglądaliśmy się dookoła. Okazało się, że wylądowaliśmy na, jakimś różowo-niebieskim piasku. Wokół nas chodziły dziwne stwory. Każdy miał po cztery pary oczu, czułki wyrastające z pleców i po siedem palców na każdej z czterech rąk, a na dodatek każdy z nich był wyposażony w małe kaliki(zegarki z nóżkami), kimfy(pistolety zrobione z fioletowych żelek), kaimy (opaski na głowę), kriony (metalowe bransoletki na czułkach) oraz kiderki (małe zabaweczki z biedronką na szczycie). Na swoich stópkach miały keni(buciki z wąsami, które pikały, jak wyczuwały niebezpieczeństwo). Stworki te były niskiego wzrostu i miały po cztery ręce. Na każdej z nich znajdowały się krąsy(zegarki łączące laser z linijką i długopisem). Różniły się od siebie tylko numerem na brzuchu. W pewnej chwili odezwała się do nas istota z numerem 56664.
Pani Jonson dała znak kierowcy, aby już ruszał. Nagle poczuliśmy, że unosimy się nad ziemią. Nie wiedziałam, co się z nami dzieje. Po pięciu minutach podroży, zatrzymaliśmy się.
- Możecie już wychodzić! – krzyknęła radośnie nauczycielka, zapalając światła.
Gdy opuściliśmy Kyrion, ciekawie rozglądaliśmy się dookoła. Okazało się, że wylądowaliśmy na, jakimś różowo-niebieskim piasku. Wokół nas chodziły dziwne stwory. Każdy miał po cztery pary oczu, czułki wyrastające z pleców i po siedem palców na każdej z czterech rąk, a na dodatek każdy z nich był wyposażony w małe kaliki(zegarki z nóżkami), kimfy(pistolety zrobione z fioletowych żelek), kaimy (opaski na głowę), kriony (metalowe bransoletki na czułkach) oraz kiderki (małe zabaweczki z biedronką na szczycie). Na swoich stópkach miały keni(buciki z wąsami, które pikały, jak wyczuwały niebezpieczeństwo). Stworki te były niskiego wzrostu i miały po cztery ręce. Na każdej z nich znajdowały się krąsy(zegarki łączące laser z linijką i długopisem). Różniły się od siebie tylko numerem na brzuchu. W pewnej chwili odezwała się do nas istota z numerem 56664.
- Mam na imię Ksalek i
zapraszam na wycieczkę po naszej planecie – wyjaśniła dziwna istota.
Na Kalandorze było
mnóstwo domów, wybudowanych w szeregach, jeden obok drugiego. Wszystkie były koloru
fioletowego z jasnoniebieskim dachem i różowymi oknami. Różniły się tylko
numerami. Muszę nadmienić, że każdy obywatel miał na tej planecie swój domek
nieważne, czy liczył on 6 czy 60 lat. Na
każdym domku widniał numer taki sam, jak na brzuszku jego właściciela. W pewnym
momencie doszliśmy do miejsca, które przypominało wielkie sito. Piękny
niebiesko-różowy piasek zniknął, a jego miejsce zastąpiła szara, błotnista i
twarda ziemia pokryta tysiącami dziur. Ksalek ostrzegł nas, abyśmy stąpali po
niej ostrożnie. Oczywiście ja, przez swoją nieuwagę wpadłam do jednej z nich.
Upadając krzyknęłam do mojej przyjaciółki, aby mi pomogła. Ada niestety nie
zwróciła na mnie uwagi, tylko zajęła się zbieraniem próbek i żartami z
nowopoznanymi istotami. Zrobiło się cicho. Zostałam sama. W środku dziury
przypominającej pustą i suchą studnię, znalazłam kriony. Były to małe robaczki
połączone ze sobą drutem. Przypominały mi wielkie koło, które za chwilę
zaciśnie mi się na szyi. Czułam się taka samotna i smutna. Zemdliło mnie, gdy
poczułam na swojej skórze stado robaczków. Z drugiej strony śmiałam się, że
zaraz wypłynę na powierzchnię bo płakałam, jak nigdy dotąd. Moje łzy
przykrywały już podłogę w „studni”. Wołałam zrezygnowana o pomoc. Nagle
usłyszałam nad sobą cichy głos. Myślałam, że to moja najlepsza koleżanka Ada ,
przyszła mi z pomocą. Myliłam się. Okazało się, że to Kornelia. Kornelia była
cichą i nieśmiałą dziewczynką z mojej klasy. Nie znałam jej zbyt dobrze. Zawsze
trzymała się na uboczu. Koleżanka rzuciła mi grubą linę i powoli wyciągnęła
mnie z głębokiej dziury. Niestety zniszczyła sobie przy tym wszystkie skalne
próbki, które były nam potrzebne do lekcji. Nie przejęła się tym wcale.
Cieszyła się, że mogła mi pomóc. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Dotarłyśmy
po krótkim czasie do reszty naszej klasy. Ada podbiegła do mnie tak, jakby się
nic nie stało, ale ja już wiedziałam, że wszystko się zmieniło. Wróciliśmy z
powrotem do szkoły. Z Kornelią zostałyśmy najlepszymi koleżankami. Dla reszty
kolegów i koleżanek była bohaterem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz